Ogarnij się, Kobieto!

blog o tym, jak (nie)ogarniam ...
Multitasking błogosławieństwo czy przekleństwo
Ogarnij swój czas

Multitasking – błogosławieństwo czy przekleństwo naszych czasów.

A co to takiego ten multitasking? Ano multitasking to nic innego jak Twoja i moja codzienność.  To robienie dwóch,  a czasem mam wrażenie, że miliona rzeczy na raz, w tym samym momencie. To ten moment, kiedy brakuje Ci dodatkowej pary (albo i kilku par) rąk. Multitasking jest bardzo fajny, kiedy wykorzystujesz go mądrze, ale najczęściej powoduje, że robisz mnóstwo rzeczy nie robiąc tak naprawdę niczego.

Po co więc multitasking?

W teorii multitasking ma zwiększać produktywność, pozwalać na podejmowanie dwóch lubi więcej aktywności w tej samej chwili. Bo zadań mamy coraz więcej a czasu wciąż za mało. I niestety coraz więcej rozpraszaczy. A ludzki mózg nie jest w stanie przetwarzać jednocześnie dwóch bardzo ważnych aktywności, bez szkody dla przynajmniej jednej z nich. Na pewno doskonale znasz ten moment, kiedy wpada Ci do głowy genialna myśl, ale nagle zadzwoni telefon, albo dziecko zawoła, albo przypomnisz sobie o gotujących się od godziny ziemniakach i trach, myśl ucieka i nie wraca. Albo robiąc sobie kawę planujesz najbliższe wakacje i zamiast cukru do kawy dosypujesz sól. Zdarzyło Ci się to kiedyś? bo mi kilkukrotnie.

Kiedy więc multitasking działa?

Prosta odpowiedź to wtedy, kiedy jesteś w stanie dobrze wykonać dwie lub więcej czynności, bez większej szkody dla żadnej z nich. Teoretycznie u każdego będzie to działało nieco inaczej, bo różni ludzie mają różny poziom tzw podzielności uwagi. Ba, będzie to zależało od dnia, samopoczucia i okoliczności przyrody. Jednego dnia bez problemu ogarniasz dziecko, domowy bałagan, obiad, spacer, zakupy i wykąpanie psa, a kolejnego nie jesteś w stanie nawet pozamiatać, bo w nocy spałaś 2 godziny, a Twoje dziecko akurat dziś ma dzień marudzenia i wiszenia na Tobie.

Multitasking u Nieogarniętej 😉

Czy stosuję multitasking? Ależ oczywiście. Zarówno świadomie, jak i nieświadomie. Świetny przykład multitaskingu nieświadomego to np. uczenie dziecka choćby zamiatania. W tym samym czasie opiekuję się dzieckiem, czuwam żeby nic złego mu się nie stało, zapewniam mu rozrywkę (do pewnego wieku zamiatanie to dla dziecka świetna rozrywka, yeah!), uczę je dbania o porządek i jednocześnie mam posprzątane (no powiedzmy). A multitasking świadomy? U mnie sprawdza się robienie dwóch niezbyt wymagających skupienia czynności, np prasowanie i oglądanie serialu. Ale już np prasowanie i słuchanie merytorycznych podcastów średnio, gdyż albo mam źle wyprasowanie ubrania, szczególnie te z „trudniejszych”materiałów, albo podcastów muszę odsłuchać ponownie, bo w pewnym momencie przestaję słuchać uważnie i po prostu gubię wątek. Świetnie się też sprawdza tzw robienie w międzyczasie.

Czy „w międzyczasie” to multitasking?

Moim zdaniem (ale zaznaczam że to tylko moje zdanie) w sporej części przypadków tak. Kiedy i tak czekasz, aż coś się wydarzy, to ten czas możesz świetnie wykorzystać. Przykłady? W kolejce do kasy, albo kiedy czekasz na przystanku możesz np ćwiczyć mięśnie kegla. Tylko nie uśmiechaj się ironicznie, to serio działa, spróbuj 🙂 Albo kiedy czekasz na zagotowanie się wody na kawę czy herbatę możesz zetrzeć blat, albo przetrzeć fronty szafek (bo u mnie wyjście z kuchni i zajęcie się czymś poważniejszym często powoduje, że o kawie czy herbacie najzwyczajniej zapominam).

A „przy okazji”?

Są też rzeczy, które świetnie można robić przy okazji. Co na przykład? Ano na przykład przy zamiataniu można podnieść to jedną, to drugą nogę, pomachać rękami. I mała gimnastyka przy okazji. Rozwieszając pranie zamiast się schylać na wyprostowanych nogach można robić przysiady. Zdecydowanie lepsze i zdrowsze rozwiązanie i dla kręgosłupa, i dla tyłka. Przy okazji dłuższego pobytu w WC można umyć umywalkę, lub za radą pewnej perfekcyjnej „przy dwójeczce odlep naklejeczkę” (tą fabrycznie naklejaną na kibelek). Rozmawiając przez telefon możesz zetrzeć kurze, a jak gadasz na najlepszą przyjaciółką to i całe ściany oblecisz 😉 Oczywiście w ten sposób nie wysprzątasz całego mieszkania na błysk, nie dorobisz się też super fit figury ale … no chyba warto, co? Tym bardziej że to tak mimochodem, przy okazji.

A tak w świątecznym klimacie

Pewna znana mi kobieta 😉 co roku narzeka na robienie wigilijnej kapusty z grochem. Bo to cały dzień, bo cała kuchnia w brudnych garach, bo to tyyyyle roboty … Ale chcąc nie chcąc przyszło mi się w zeszłym roku zmierzyć z tą kapustą (trzykrotnie) i wiesz co? wcale nie było tak źle. Dzień wcześniej wieczorem zalałam wodą w osobnych naczyniach groch, fasolę i suszone grzyby. W dniu zero przepłukałam fasolę i wstawiłam do gotowania. Zaraz potem przepłukałam kapustę kiszoną, poszatkowałam jeszcze drobniej i wstawiłam na drugi palnik. Potem obrałam i wstawiłam do gotowania ziemniaki (więcej, było od razu na obiad), a na czwarty palnik wstawiłam do gotowania grzyby. I na plus minus pół godziny wyszłam z kuchni. Miałam czas na spokojne wypicie kawy i poczytanie książki.

Po tej półgodzinnej przerwie wróciłam do kuchni, odcedziłam ziemniaki, a na wolny palnik wstawiłam przepłukany groch. Gotowanie grochu wymaga nieco uwagi, bo podobno lubi się przypalać, więc musiałam zostać w kuchni.  Tak więc gotuje mi się fasola, kapusta kiszona (które wymagają dość długiego gotowania), gotuje się groch i grzyby. Obieram w tym czasie i kroję cebulę, cały czas zerkając na groch. Zdejmuję z ognia grzyby, odcedzam, na uwolniony palnik wstawiam patelnię, dolewam oleju i wrzucam pokrojoną cebulę. W tym czasie grzyby stygną, a ja kroję pieczarki mieszając cebulę i zerkając na groch. Myję brudne gary. W tym czasie cebulka ładnie się zeszkliła, więc wrzucam ją do ugotowanego ziemniaka (część odkładam na farsz do pierogów i uszek), na ta samą patelnię dorzucam pieczarki. Przestudzone już grzyby kroję i część wrzucam do ziemniaka i cebulki, a część odkładam na farsz do pierogów i uszek. Groch już się ugotował. Dorzucam do ziemniaka, cebuli i grzybów. Ugniatam. Dodaję podsmażone pieczarki. Mieszam. Myję garnek, patelnię, deskę. nóż. Sprawdzam czy kapusta i fasola są już miękkie. Raczej potrzebują jeszcze trochę czasu.

Po niecałej godzinie są już ok. W rondlu roztapiam trochę masła. I znowu fasola i część kapusty do miski na kapuchę z grochem, a pozostała część kapusty do farszu na pierogi. Mieszam, doprawiam i dzielę. Część zostaje jak jest, a do drugiej części dodaję roztopione masło. I już. Tym sposobem mam kapustę z grochem w wersji wegańskiej dla siebie i w wersji tradycyjnej dla męża. Mam też farsz na uszka i na pierogi z kapustą i grzybami, muszę tylko doprawić. I tak z całego dnia zrobiły się owszem, może i ze 3 godziny, ale prawie 1,5 h mogłam spokojnie spędzić poza kuchnią robiąc coś przyjemnego albo pożytecznego, no i myłam praktycznie na bieżąco. I do tego zrobiłam sobie przy okazji farsz. Oczywiście jest to czaso- i pracochłonne danie, ale żeby cały dzień? Cała kuchnia w garach? Musiałabym chyba gotować wszystko na jednym palniku i stać przy tym garze i nie wiem, gapić się? dopóki się zawartość nie ugotuje?

A więc błogosławieństwo czy przekleństwo?

Przede wszystkim konieczność. I to nie tylko naszych czasów. Przecież od zarania dziejów kobiety zajmowały się dziećmi i domowym ogniskiem, a niejednokrotnie jeszcze i gospodarstwem. I nie będziemy rozważać, czy miały trudniej czy łatwiej, bo jak zwykle punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ale niepodważalne jest, że multitasking, choć obecny od zawsze, w ostatnim czasie przybrał formę bardzo wypaczoną. Żąda się od nas, kobiet i matek, robienia zbyt wiele. No bo co za problem podczas siedzenia z dzieckiem w domu wysprzątać mieszkanie na błysk, ugotować pięciodaniowy obiad, poćwiczyć, zrobić się na bóstwo i jeszcze rozkręcić dochodowy biznes. Od pracowników w korporacjach wymaga się rozmawiania przez telefon, pisania maila jedną ręką, a drugą pisania raportu przełożonemu, w tym samym czasie. No przecież się da. Teoretycznie. Bo praktyka pokazuje, że robienie zbyt wielu rzeczy na raz nie tylko efektywności nie podnosi, ale wręcz ją zmniejsza. Dużo lepsze efekty daje stosowanie techniki pomodoro, o której wkrótce.