Ogarnij się, Kobieto!

blog o tym, jak (nie)ogarniam ...
Ogarnij swoje finanse

Nie jestem oszczędna. Delikatnie mówiąc.

Powiedzieć że nie jestem oszczędna, to jak powiedzieć, że jezioro nie jest oceanem. Nie tylko nie jestem oszczędna, jestem wręcz rozrzutna. Potwornie rozrzutna. Potrafię bez najmniejszego problemu wydać wszystko co mam, a nawet więcej. Ale doszłam do takiego momentu w swoim życiu, że pora wydorośleć. Pora ogarnąć swoje finanse.

A wszystko zaczęło się tak:

Dawno dawno temu, w odległej galaktyce…

Wróć!

Wcale nie  tak dawno, i wcale nie tak daleko, choć jak patrzę na swoje życie 10 lat temu, to wydaje mi się, że był to zupełnie inny, odległy o lata świetlne, świat. Nie miałam wtedy dzieci, a to co zarabiałam, przeznaczałam w sporej części na własne przyjemności. Nie martwiłam się o oszczędności, bo przecież oboje z mężem pracowaliśmy, pieniędzy co prawda nie mieliśmy w nadmiarze, ale na spokojne życie i przyjemności wystarczało. Nawet jeśli czekał nas jakiś spory wydatek, to cóż to był za problem wziąć na raty.

Sytuacja nieco się zmieniła, kiedy na świat przyszło nasze pierwsze dziecko. Ale tylko nieco. Ja po półrocznym urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy, więc ilość dochodów w zasadzie się nie zmieniła, zmieniła się tylko struktura wydatków. Wciąż wystarczało na spokojne życie i przyjemności. Co prawda większość pieniędzy na przyjemności była wydawana na ubranka, zabawki i inne przydasie dla dziecka, ale chyba każda mama potwierdzi, że wydawanie pieniędzy na dziecko to prawdziwa frajda.

Zmiana nastąpiła, kiedy urodziło się nasze drugie dziecko, a ja po urlopie macierzyńskim postanowiłam wziąć urlop wychowawczy, który jest bezpłatny. W ten sposób nasze dochody się zmniejszyły, a wydatki się zwiększyły. Kiepski układ. I solidna lekcja panowania nas swoim budżetem domowym. Ale to lekcja, którą wciąż odrabiam, bo nie jestem w tym nawet dobra. A przyzwyczajona jestem do ocen bardzo dobrych.

Zaczęłam więc szukać pomocy, inspiracji.

W celu ogarnięcia tematu, kilka miesięcy temu pochłaniałam wręcz treści pisane przez Michała Szafrańskiego na blogu Jak oszczędzać pieniądze. Mało tego, kupiłam jego książkę „Finansowy ninja”.* Kupiłam w przedsprzedaży, czyli ponad pół roku temu i do dzisiaj nie przeczytałam. Ani jednej strony. Najpierw chciałam dokupić zeszyt, żeby robić notatki. Kiedy miałam już zeszyt stwierdziłam, że niezbędny jest również zakreślacz. Kiedy i zakreślacz znalazł się w moim posiadaniu, pomyślałam, że nie obejdę się bez zakładek indeksujących. Tych jeszcze nie mam, więc przecież nie mogę zacząć czytać. Wiecie, każdy powód jest dobry, żeby odłożyć coś na jutro. Ale dosyć tego, jak tylko skończę pisać, zabieram się do lektury. Doskonale wiem, że to były tylko wymówki, bo kiedy czytam to tak zatapiam się w lekturze, że o żadnym zakreślaniu, robieniu notatek czy zaznaczaniu zakładkami nie ma mowy. Zwłaszcza że czytam w tak zwanym międzyczasie. Mamy kilkulatków pewnie doskonale wiedzą o czym mowa. A że książka jest warta przeczytania jestem pewna. Już po lekturze bloga i odsłuchaniu wielu podcastów Michała wiem, że jego treści są świetne i bardzo pomocne. Ale może nie będę uprzedzać faktów, a o książce wypowiem się, jak już ją przeczytam.

Wiecie co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? Jestem z wykształcenia ekonomistką. Liceum Ekonomiczne, a potem studia na kierunku rachunkowość i finanse. Teorię znam. Teraz nadszedł czas, żeby z niej skorzystać i zacząć praktykować. Trzymajcie kciuki.

 

*Uwaga: Link odsyłający na stronę książki jest linkiem afiliacyjnym. Jeżeli korzystając z niego kupisz książkę, niczego absolutnie nie tracisz, natomiast możesz mi tym pomóc w podreperowaniu mojego budżetu domowego.